o doradzaniu inaczej

Historia o doradzaniu – inaczej

Dziś rzecz o metaforze izomorficznej 🙂

Opiszę tu autentyczną historię, która zdarzyła mi się kiedyś. Dotyczy ona rozmowy z jednym z moich przyjaciół – nazwijmy go Jan – na temat jego spraw zawodowych.
Jan opowiadał mi, jak boryka się z problemem nawiązania stałej współpracy z jakąkolwiek osobą bardzo dobrze znającą się na jednym z systemów informatycznych, który Janowi jest niezbędny w pracy. Jan stosuje ten system i spędza wiele godzin nad instrukcjami, gdy potrzebuje wykonać prace w tym systemie.

Zajmuje mu to bardzo dużo czasu i nie zawsze efekty są zadowalające.
Jan nawet nie zwraca się do ekspertów w tej dziedzinie ani do firm, które znają się na tym programie.

Szuka wśród studentów, osób mających małe firmy, osób, które mają nadmiar czasu. Uważa, że żaden poważny ekspert ani firma nie zgodzą się z nim współpracować bo mają nadmiar pracy a jego firma jest za mała. Myśli, że jego zapotrzebowanie jest błahe i drobne w porównaniu do tego, co robią inni w tej branży, w której on potrzebuje wsparcia. No i oczywiście, że duża firma – dużo kosztuje.

Efektem takiego podejścia jest brak osoby, z którą mógłby nawiązać współpracę. Wszyscy chętni, do tej pory nie byli wystarczająco kompetentni, za to wiele naobiecywali i było tanio.

Słuchałam uważnie Jana i spytałam go na czym mu zależy tak naprawdę, jeśli chodzi o tę osobę do współpracy?
Powiedział, że bardzo chciałby, aby ten wymarzony ekspert na bieżąco kontrolował jego projekty, nauczył go, jakie sprawy są ważne w tym systemie informatycznym, który używa i aby był taką zaufaną osobą od tego systemu. Jan sam też chce się nauczyć podstawowych rzeczy dotyczących systemu, aby w drobnych sprawach radzić sobie samodzielnie.
Spytałam Jana, czy wielu jest takich ekspertów i czy zna ich nazwiska?
Powiedział, że tak, że oni i tak nie zechcą z nim pracować.
Opowiedziałam mu wtedy  historię innej mojej klientki Magdy, z jej lat, gdy była jeszcze w liceum:

W liceum, kochała się niesamowicie w chłopaku ze starszej klasy, który wzbudzał zainteresowanie nie tylko jej, lecz również co najmniej połowy dziewczyn z jej klasy. Chłopak miał na imię Wojtek.
Magda zauważyła, że zna go jedna z jej koleżanek i jak jej powiedziała, nawet „ zaczęli ze sobą chodzić”

A więc był zajęty. Magdzie było  smutno, lecz kochała się w nim dalej i marzyła, że kiedyś go pozna.
Nadarzyła się sytuacja bardzo korzystna, bo wyjeżdżając na obóz w góry, zobaczyła, że on też jedzie na ten sam obóz. Była wniebowzięta 

Poznała Wojtka osobiście i nawet parę razy z nim rozmawiała, lecz za żadne skarby nie dała mu do zrozumienia, że ją interesuje jako „jej chłopak”
Wojtek uśmiechał się do niej często lecz … „zaczął chodzić” z Alą i oczywiście znów było Magdzie smutno.
Po wakacjach, gdy spotkali się z Wojtkiem w szkole, rozmawiali nawet czasem, lecz była pewna, że tylko ją lubi i nic więcej z tego nie będzie.

Magda skończyła szkołę i poszła na studia. Wojtek też. Byli na tej samej uczelni lecz nawet, gdy miała blisko niego zajęcia, to rozmawiała raczej z jego znajomymi z grupy a nie z nim samym.

W międzyczasie poznała fajnego chłopaka i wyszła za niego za mąż.
Studia się skończyły urodziła córeczkę i będąc kiedyś w Zakopanem spotkała się z jedną z jej i Wojtka koleżanek ze studiów, która mieszkała wtedy właśnie w Zakopanem – Marysią.
Rozmawiała z Marysią na temat młodych młodych lat i wspominając o Wojtku, spytała, czy Marysia ma z nim kontakt? Co u niego słychać?
Marysia zaczęła opowiadać Magdzie o tym, co Wojtek robi, gdzie pracuje i Magda opowiedziała jej wtedy, że kiedyś się w nim kochała.
Marysia spojrzała na Magdę zdziwiona i powiedziała:
„Wiesz, Wojtek mi powiedział, że wtedy też bardzo mu się podobałaś i że szkoda, że nic z waszej znajomości nie wyszło…”
Magda zadrżała, choć nie myślała już o Wojtku. Tym razem było jej smutno z innego powodu. Żałowałam, że nie spróbowała wtedy nawiązać kontaktu z Wojtkiem. Właściwie, to żałowała, że nie odważyła się być jego dziewczyną…
Przecież mogłaby mieć takiego chłopaka, o jakim marzyła, mogłaby chodzić na miłe spacery, mogłaby chodzić do kina i na dyskoteki. 
Mogłaby….
Zaczęła wyobrażać sobie, co byłoby, gdyby kiedyś była odważniejsza, mniej nieśmiała i gotowa na rozpoczęcie czegoś WIELKIEGO, czegoś, co było ponad jej skromne wyobrażenie o sobie.

Ja opowiadałam a Jan słuchał z uwagą:

Wiesz, szkoda, że z góry Magda założyła, że się Wojtkowi nie spodoba.
Szkoda, że nie wierzyła w siebie. Nawet, gdyby im się nie udało, to byłoby to jej podejście do trudnej sprawy i następnym razem byłaby już odważniejsza.
Podejmując wyzwanie kontaktu z osobą, która wydawała jej się idealna, wymarzona , zachowałaby się inaczej niż do tej pory, wyszłaby z ukrycia.
Tyle rzeczy by zrobiła… Przecież nawet nie wiedziała, co dla Wojtka było ważne i założyła, że nie chce z nią być…

 

Jan patrzył na mnie jak zahipnotyzowany.
Ne musiałam o nic pytać. Powiedział tylko jedno zdanie:
„Aż mnie dreszcze przechodzą”.
Po kilku minutach spytałam, czy  historia Magdy mu pomogła? Czy już wie, co ma zrobić?
Był zachwycony, powiedział, że całkowicie inaczej już patrzy na sprawę wyboru eksperta i na pewno da szansę tym, którzy są jego wymarzonymi współpracownikami i że nie będzie już z góry zakładał, że ktoś nie chce z nim współpracować.
PS.
Metafora izomorficzna jest specjalną techniką opowiadania historii dostarczających drugiej osobie nowych świadomych i podświadomych wskazówek wyzwalających nowe konstruktywne zachowania.
Sztuka posługiwania się metaforą terapeutyczną została rozwinięta przez Miltona H. Ericksona.
Izomorficzna – czyli posiadająca taką samą lub zbliżoną strukturę do opowiadanej historii.
Gdy zastosowałam metaforę izomorficzną w rozmowie z Janem – nie musiałam mu dawać rady, której być może by tak nie zrozumiał.

” Codzienne małe kroki prowadzą do spełnienia wielkich marzeń”